Wywiad z mamą

Czy smak dzieciństwa można zamknąć w jednym przepisie? A może prawdziwy sekret rodzinnej kuchni nigdy nie tkwił w gramach i miarkach, lecz w doświadczeniu, pamięci i intuicji przekazywanej z pokolenia na pokolenie? W tej poruszającej rozmowie wracamy do wspomnień o wyjątkowych potrawach, rodzinnych tradycjach i ludziach.

To tylko fragment niezwykłej historii. Cały wywiad znajdziesz w książce.

— Czy był jakiś przepis, który zawsze „wychodził idealnie”? A może taki, przy którym zawsze coś szło nie tak?

Kiedy teraz przeczytałam to pytanie, przypomniał mi się mój dziadek — ojciec mojego taty. Ty już go nie poznałaś. Zmarł, gdy miałam 15 lat. Dobrze pamiętam, że do mamy odnosił się trochę z dystansem, jak to teść do synowej. Ale bardzo cenił ją za umiejętność gotowania. Szczególnie lubił galaretę mięsną, którą mama gotowała z wołowych ogonów.

To dosłownie ogon — z kostkami stawowymi, przy których nie ma zbyt wiele mięsa. Ale kiedy odpowiednio długo się go gotuje, zawiera bardzo dużo naturalnej żelatyny i galareta sama tężeje, staje się klarowna i przejrzysta.

Mama potrafiła przygotować ją idealnie. Doprawiała ją też w taki sposób, że dziadek Iwan bardzo ją uwielbiał. Nawet kiedy już chorował i odwiedzaliśmy go w szpitalu, prosił, żeby mama ugotowała mu właśnie tę galaretę. Nigdy później nie jadłam podobnej. To było coś wyjątkowego.

— Jak odmierzała składniki — szklanką, „na oko”, łyżką?

Miała starą książkę, chyba jeszcze z pierwszej połowy XX wieku, coś w rodzaju „Poradnika dla gospodyni”. Była tam taka tabela przeliczeniowa — ile gramów odpowiada łyżkom, szklankom i mililitrom. Ile waży łyżeczka cukru, łyżka soli, mąki czy oleju.

I właśnie tak gotowała. Wagi w domu nie mieliśmy. To znaczy były, ale bardzo niewygodne i niedokładne. Uczyła mnie na przykład, że pełna łyżka cukru z czubkiem to około 35 gramów. Ale łyżka cukru i łyżka mąki to nie to samo — trzeba to po prostu wyczuć.

W naszym domu miarą zawsze była szklanka z grubego szkła z charakterystycznymi ściankami. Mama wiedziała, że jeśli naleje „o palec mniej niż pełną”, to będzie to określona ilość. Tak mi tłumaczyła, kiedy robiła przetwory. Wszystko było przybliżone, a jednocześnie niezwykle dokładne.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry