Są smaki, które zostają z nami na całe życie. Smaki dzieciństwa, rodzinnego domu i ludzi, których już często nie ma obok — ale którzy wciąż żyją w naszych wspomnieniach. Ten wywiad to nie tylko opowieść o jedzeniu. To historia o prostym życiu, rodzinnych tradycjach i chwilach, które dziś wydają się bezcenne.
Domowy makaron robiony ręcznie przez Babę Palanię, świąteczny olivier przygotowywany kilka razy w roku jak największe wydarzenie, małe złociste syrniki ze śmietaną — każde z tych dań kryje emocje, których nie da się odtworzyć w żadnej restauracji świata.
To jedynie fragment większej historii. W pełnej wersji książki znajdziesz więcej wzruszających wspomnień, rodzinnych opowieści i smaków, które tworzyły całe pokolenia. To podróż do świata, gdzie prostota miała wyjątkowy smak, a jedzenie było przede wszystkim symbolem bliskości.
Pełna historia czeka w książce.
— Czy jest jakieś danie, które najbardziej kojarzy ci się z babcią?
Po pierwsze, jedzenie u nas zawsze było raczej proste. Najczęściej była duszona ziemniaczana potrawa z kurczakiem albo mięsem. Rzadziej kasze. Jedliśmy dużo ziemniaków i do dziś bardzo je lubię.
Nie było czegoś takiego, że ciągle był wybór — dziś nie chcę ziemniaków, tylko syrniki albo gołąbki. Wszystko gotowało się sezonowo, bo w sklepach też niewiele było. W najlepszym razie makaron. Ale makaronu nie kupowaliśmy, bo Baba Palania robiła domowy makaron.
To było niesamowicie smaczne i całkowicie naturalne: mąka, domowe jajka. Suszyły się ogromne placki ciasta, potem kroiło się je na paski — i powstawał domowy makaron.
Mama bardzo rzadko brała udział w przygotowywaniu makaronu, bo Baba Palania nikogo do tego nie dopuszczała. A kiedy jej zabrakło, mama może kilka razy sama zrobiła cały makaron — rozwałkowywała ciasto, suszyła je i tak dalej.
Dziś można spróbować wielu rzeczy i pojechać nawet do Włoch, ale domowy makaron nadal pozostaje dla mnie czymś nie do przebicia. Być może to smak dzieciństwa.
Jeśli chodzi o potrawy, to świąt było niewiele: urodziny, Nowy Rok, Boże Narodzenie, Wielkanoc. Może osiem–dziesięć świąt w roku, kiedy przygotowywało się bardziej uroczyste stoły.
Sałatka Olivier była wtedy prawdziwym świętem. Teraz można po prostu zachcieć oliviera — i za dwie godziny jest gotowy. Wtedy robiło się go kilka razy w roku. To było wielkie wydarzenie.
Tak samo z tortami. Nie można było po prostu pójść do sklepu i kupić tort „Kijowski” albo ciastek, bo miało się ochotę na coś słodkiego.
Jeśli mówić o tym, co mógłbym jeść zawsze, to byłyby to syrniki mamy Ziny, duszone z kurczakiem. Domowy makaron z kurczakiem i syrniki z domową śmietaną — to właśnie najbardziej kojarzy mi się z babcią. Wtedy nie było zielonych syrników, jak teraz. Były małe, żółciutkie, z domowego twarogu i domowych jajek.


